fbpx

Pilates jest moją terapią

Nie jestem wybitnym specjalistą z zakresu anatomii. Nie ukończyłam studiów medycznych, fizjoterapii ani nawet weterynarii.

Anatomii uczyłam się m.in. na własnym organizmie. Takie kursy najbardziej zapadają w pamięć ;).

Poznałam budowę kolana po tym, jak moje narty wbiły się pionowo w śnieg, a moje lewe udo przekręciło się w kolanie wokół własnej osi (narty nie wypięły się z butów). To wtedy poczułam, że kolano nie jest stawem obrotowym tylko zawiasowym ;-). Potem miałam okazję obejrzeć na ekranie na sali operacyjnej kikut swojego więzadła ACL i poszarpaną łąkotkę boczną (tarczowatą).

W tym samym wypadku uszkodzony został również mój lewy bark. Odczuwałam ból przy ruchu zgięcia w stawie ramiennym, ale fizjo powiedział: „najpierw skończymy z kolanem, a dopiero potem weźmiemy się za bark”. Sprawa z kolanem się przeciągnęła, właściwie ciągnie się do dzisiaj. Bark zszedł na plan dalszy wobec obaw, czy w ogóle będę normalnie chodzić, czy kuśtykać i brać środki przeciwbólowe. Po trzech latach żmudnej rehabilitacji, pierwszy raz po wypadku, wybrałam się w Tatry. Kolano bolało na zejściach, ale był to ból do wytrzymania, więc byłam szczęśliwa, że znowu mogę chodzić po górach, nawet jeśli czasami po całodniowym trekkingu kolano odmawiało współpracy. Ratował mnie kinesiotaping. Cudowne elastyczne taśmy samoprzylepne, które sprowadzały moją rzepkę na właściwy tor. Z jednej strony odciążały kolano, ale z drugiej wyręczały mięśnie stabilizujące je, zwłaszcza przyśrodkową głowę mięśnia czworogłowego. Lewa noga nadal była dużo słabsza od prawej, po 5 latach od wypadku zorientowałam się, że moja lewa stopa się skurczyła a prawa wydłużyła – był to efekt asymetrycznego rozłożenia ciężaru ciała. Bodziec bólowy z lewego kolana powodował automatycznie jego odciążanie, nieświadomie dociążałam więc prawą stopę, która, jak silniejsza siostra, robiła robotę za siebie i za swoją bliźniaczkę. Pojawiły się problemy z prawą kostką, a nade wszystko bóle kręgosłupa i karku. Ortopedzi albo bagatelizowali moje problemy („po skończeniu 40 lat każdego coś boli proszę pani”) albo skupiali się małym wycinku: kolanie albo barku.

Pilates pojawił się w moim życiu na długo przed wypadkiem za sprawą książki Alicei Ungaro „Gimnastyka, która leczy”. Uwielbiałam te ćwiczenia, dawały mi siłę, energię i lekkość. Teraz, mając już jakąś wiedzę i doświadczenie, z poziomu nauczyciela pilatesu, wiem, że wtedy nie wykonywałam tych ćwiczeń w 100% poprawnie, m.in. przeciążałam kark, ale i tak byłam zadowolona z efektów. Dobry instruktor pomógłby mi skorygować te błędy, ale wtedy w Polsce mało kto słyszał o pilatesie.

Po wypadku na nartach zarzuciłam pilates, moja lewa noga nie chciała się zginać w kolanie, mozolnie odzyskiwałam to zgięcie z rehabilitantem, któremu jestem bardzo wdzięczna, podniósł moją nogę na duchu ;-). Po dwóch latach od wypadku wróciłam do pilatesu, ale prawdziwy przełom nastąpił, gdy zaczęłam chodzić na treningi na maszynach.

Joseph Hubertus Pilates, twórca „kontrologii”, znanej dzisiaj pod nazwą, nomen omen, pilatesu, zaczął tworzyć swoje maszyny w obozie dla Niemców, internowanych w czasie I wojny światowej w Wielkiej Brytanii. W obozie znajdowało się wielu żołnierzy okaleczonych na polu bitwy. Joseph Pilates pomagał im odzyskać sprawność, z przedmiotów, które były pod ręką, jak sprężyny od łóżka, obręcze od beczek, robił konstrukcje, które pomagały rannym w wykonywaniu ćwiczeń. W ten sposób powstały prototypy maszyn ze sprężynami – reformera, cadillaka, i innych. Ci byli żołnierze mieli zresztą wielkie szczęście, że dostali się pod opiekę Josepha Pilatesa, w trakcie pandemii grypy „hiszpanki”, mimo złych warunków panujących w obozie, żaden z nich nie umarł, a, jak podają źródła historyczne, liczba ofiar „hiszpanki” znacznie przewyższyła liczbę ofiar frontów I wojny światowej.

Joseph Pilates i prototypy niektórych z jego maszyn

Na czym polega fenomen pilatesu i sprężyn?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie należy uświadomić sobie, że ludzkie ciało, na poziomie biomechaniki, to konstrukcja złożona ze współdziałających ze sobą elementów. Awaria jednego z tych elementów pociąga za sobą zakłócenia w działaniu całej konstrukcji. I tak, w moim przypadku, awaria lewego kolana doprowadziła do skrócenia lewej stopy i lewej nogi oraz skrzywienia miednicy i kręgosłupa. Praca na maszynach uruchamia w moim ciele program „skanuj i napraw”, wzmacnia się moja lewa noga, która jest zmuszana do pracy na równi z prawą, a jednocześnie koryguje się ustawienie miednicy, kręgosłupa i obręczy barkowej. Elementy konstrukcji wskakują na swoje miejsce i zaczynają współdziałać zgodnie z instrukcją ;-). Efekt? Wreszcie mogę chodzić bez bólu i bez wspomagania się kinesiotapingiem.

Nie oznacza to, że ćwiczenia na macie nie działają. Działają, ale w przypadku takich awarii jak moja, maszyny działają szybciej i skuteczniej.

Ta opowieść mogłaby też nosić tytuł „Jak nie zostałam lekarzem”, w rzeczy samej to zbieg okoliczności zdecydował o tym, że, na tydzień przed egzaminami wstępnymi na studia, wycofałam swoje papiery z Akademii Medycznej i złożyłam je do dziekanatu Wydziału Humanistycznego, na kierunek filologia romańska. Jednak zapędy do leczenia ludzi pozostały ;-).

Na zdjęciu u góry: widmo Brockenu widziane z Kościelca.

Na zdjęciu poniżej: widok na moje nogi – czerwona „ozdoba” na lewym kolanie to taśmy kinesiotaping (cudowny wynalazek), prawa kostka usztywniona bandażem elastycznym. Zdjęcie z przeszłości, tych rekwizytów już nie używam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close